1 miesiąc na diecie bezglutenowej

Długo nie publikowałam nowych wpisów, co było związane z jednej strony z przepracowaniem i tym samym kiepską organizacją czasu na siedzenie w kuchni,  a z drugiej strony – z dietą bezglutenową, na jaką musiałam przejść miesiąc temu. Za chwilę przejdę do szczegółów, ale już teraz mogę obiecać, że niedługo na stronie pojawi się więcej przepisów bezglutenowych i bezmlecznych… i to nie wszystko, bo pojawią się też przepisy na Thermomix, ale o nim innym razem 😉

Dokładnie miesiąc temu usłyszałam wyrok w postaci zdiagnozowania celiakii. O objawach i całej historii diagnozy pisałam już na drugim blogu we wpisie “Wyrok: CELIAKIA“, a tu skupię się na tym, jak mocno zmieniła się moja dieta. Dodam, że od października 2016 r. stopniowo odstawiałam mleko krowie, jednak dopiero w kwietniu br. zdecydowałam się w 100% przejść na dietę bezmleczną i podkreślam, że nie chodzi wyłącznie o laktozę, ale o cały nabiał, który mi szkodził.

Pierwszy tydzień był najgorszy w całym moim życiu. Nie dość tego, że w trakcie diagnozowania doszło dosłownie do zatrucia glutenem, którego najostrzejsze objawy ustąpiły po ok. 5 dniach, to jeszcze z dnia na dzień musiałam nie tyle opanować podstawy diety bezglutenowej, co dążyć do wyspecjalizowania się w tym temacie. Na pierwszy ogień poszło szczegółowe sprawdzenie produktów w domu:

  • mleko – OK, tu miałam pełny zapas mleka i deserów roślinnych, które spożywam ze smakiem już od dawna, a zatem zmiana w pierwszym śniadaniu nie była konieczna;
  • mąki – precz! Żadnej nie mogłam użyć, więc musiałam wybrać się do sklepu po bezglutenowe. Kupiłam od razu kilka rodzajów (kukurydziana, kokosowa i ryżowa) licząc na to, że w miarę łatwo da się zastąpić starą, smaczną mąkę pszenną i zrobić naleśniki… ale byłam w błędzie, bo pierwsza próba to jakaś katastrofa, a druga wyszła w miarę dobrze, ale to nadal nie to samo elastyczne ciasto, którym da się w miarę szybko najeść;
  • chleb – naturalne, że lepiej nawet na niego nie patrzeć. Miałam to szczęście, że bodajże drugim chlebem bezglutenowym, jaki kupiłam, był chleb wiejski Dr Schara (niestety bardzo drogi, bo ok. 10 zł za 300 g, czyli 5 kromek), który niewiele różni się od zwykłego baltonowskiego i myślę, że gdybym poczęstowała nim gości, nikt nie zwróciłby uwagi na różnicę. Oprócz tego przepyszne i świeżutkie są bułeczki słodkie Dr Schara i całkiem nieźle wyszły im bułki do hamburgera, tyle że najlepsze są w dniu ich rozpakowania. Na razie 3 razy próbowałam sama robić pieczywo bezglutenowe i to, które mi smakowało, to babeczki jaglane z przepisu z książki “Atelier smaku. 109 potraw bezglutenowej kuchni wegańskiej“, którą gorąco polecam;
  • ryż i kasze – WTF?! Nawet ryż oraz kasza jaglana i gryczana mają dopisek o możliwej zawartości śladowej ilości glutenu??? Poszłam do sklepu ze zdrową żywnością, a tam co najwyżej kasze z dopiskiem bio, ale bezglutenowej żadnej nie było i dopiero po kilku dniach, po wykonaniu telefonu do jednej z osób ze Stowarzyszenia Osób Chorych na Celiakię i na Diecie Bezglutenowej dowiedziałam się, że akurat kasze nie mają certyfikatów, tylko trzeba je za każdym razem przebierać, tj. wysypać na talerzyk i sprawdzić, czy przypadkiem nie mają obcych ziaren. OK, lekko mnie uspokoiło, bo w końcu okazało się, że 3 produkty, które miałam już w domu, mogłam przestawić do swojej nowej, bezglutenowej szafki z daleka od tych glutenowych. Zaczęło się też robienie różnych sałatek, również z kaszy jaglanej i warzyw, które na co dzień goszczą w moim jadłospisie;
  • makarony – out! Trzeba było kupić nowe, ale na szczęście szybko trafiłam na makarony kukurydziane z Piotra i Pawła, które nie są wybitnie drogie i do tego są smaczne. Mężowi też posmakował, więc jak trafi się danie, w którym makaron nie jest jedynie dodatkiem i wygodniej jest ugotować od razu porcję dla większej ilości osób, nie będzie problemu z użyciem tego bezglutenowego… aczkolwiek gryczany kompletnie mi nie podpasował i tylko czekam, aż go skończę :/
  • produkty na kanapki – miałam już wypróbowany wegański ser żółty, który jest nawet nieco lepszy od zwykłego i jest to serw Violife. Nie ma nim certyfikatu, ale nie ma też ostrzeżenia o śladowej ilości glutenu, jednak dla pewności zadzwoniłam do sklepu i tam miła Pani na moją prośbę skontaktowała się z producentem i przekazała mi informację o tym, że produkt jest wolny od glutenu. Jeśli chodzi o coś do posmarowania kanapek, zrobiłam własny hummus (w Thermomixie 😉 ), chociaż nie przepadam za nim specjalnie, więc częściej jem chociaż jedną z kanapek z miodem, a teraz mam też masło migdałowe. Na co dzień jednak oprócz sera potrzebowałam wędlin i dzięki temu wykazowi produktów z licencją Przekreślonego Kłosa szybko znalazłam wędliny Tarczyńskiego i Balcerzaka, które już wcześniej zdarzało mi się jeść. W przypadku wędlin, pasztetów czy kiełbasek już zawsze będę musiała wybierać tylko te z licencją, łącznie z jakimiś wędzonymi boczkami itp. Jedynie mięso w czystej formie jest dozwolone, o ile nie zostało dodatkowo przyprawione. A wracając do kanapek i dodatkowych posiłków bez pieczywa, ratują mnie warzywa – zarówno je, jak i owoce, świeże i mrożone mogę spokojnie spożywać;
  • produkty do mleka – jeśli chodzi o bakalie, znowu był problem z śladowymi ilościami glutenu, ale nie na wszystkich produktach, tylko głównie tych z Bakalland. Na szczęście na HELIO nie ma o tym wzmianki, więc co nieco mogłam od razu jeść. Co do płatków, ratują mnie teraz płatki Corn Flakes, chociaż nadal najbardziej lubię owsiankę z bakaliami, więc używam bezglutenowych płatków owsianych. Muszę jednak na nie uważać, bo ponoć dieta bezglutenowa i tak jest uboższa w składniki odżywcze od zwykłej diety, a spożywając produkty z natury glutenowe, ale pozbawione glutenu podczas ich przetwarzania, ostatecznie spożywam gorszej jakości płatki. Dosłownie w ostatnich dniach znalazłam bezglutenową mieszankę różnych płatków, wcześniej zdążyłam się zaopatrzyć także w amarantusa, więc mam co jeść;
  • przyprawy – tu miałam ogromny problem. Któregoś dnia na szybko postanowiłam zrobić zupę. Wrzucam mięso, wrzucam warzywa i chcę dorzucić kostkę bulionową, a tam na jednym opakowaniu info o glutenie, a na drugim brak jakiejkolwiek wzmianki na jego temat, przy czym czytałam już o tym, aby uważać na wszelkiego rodzaju mieszanki. W ostatniej chwili wyczytałam, że Wegeta i Wegeta Natur nie mają co prawda certyfikatu, ale były przez Stowarzyszenie testowane i nie wykryto w nich glutenu. Podobny problem dotyczy przypraw jednorodnych – z jednej strony czytałam o tym, że jednorodne przyprawy można spokojnie używać, a z drugiej strony czytam na opakowaniach przypraw Kamis o możliwej zawartości śladowych ilości :/ Dopiero lekarz gastroenterolog uspokoiła mnie mówiąc, aby nie dać się zwariować i przypraw jednorodnych spokojnie używać tym bardziej, że używa się ich… w śladowych ilościach;
  • słodycze – w tym temacie szybko podziałał mąż i zaopatrzył moją bezglutenową szafkę w białą wegańską czekoladę, potem ja dokupiłam także mleczną z bakaliami i kolejną białą. Do tego doszły wafle ryżowe SONKO, paluszki Balviten (bardzo zbliżone smakowo do zwykłych), precelki, duuużo batoników (głównie daktylowo-orzechowe) bezglutenowych, a ostatnio… nie uwierzycie, znalazłam wegańskie krówki ciągutki 😉

Jak mi się żyje z taką dietą?

Na pewno jest ciężko i to głównie ze względu na to, że muszę patrzeć na śladowe ilości glutenu. Gdyby nie to, nie musiałabym patrzeć tak dokładnie na etykiety dodatków czy to do przypraw, słodyczy czy wędlin. W tej chwili wchodzę do sklepu i okazuje się, że wszędzie wokół są produkty zawierające składnik, który mój organizm traktuje jak truciznę, w związku z czym muszę szukać swojego jednego maleńkiego działu albo wypatrywać niczym detektyw małych zielonych znaczków w postaci certyfikatu. Nawet wczoraj byłam pewna, że mam wszystkie składniki na ciasto, jakie wraz z córą miałyśmy zrobić na Dzień Taty i nagle na kroku “rozpuść czekoladę” okazuje się, że mamy głównie czekolady mogące zawierać zboża czy mleko, i dosłownie połowę wymaganej ilości z czekolady w pełni bezpiecznej dla mnie. Pojawił się więc dylemat – zrobić mniejszą ilość tak, abym sama mogła trochę zjeść, czy robić ciasto z pełnych proporcji, na które sobie co najwyżej popatrzę i poślinię na jego widok. Zaraz córcia ma urodziny i na 90% nie zjem ani kawałka tortu, chyba że w tydzień wypracuję odpowiedni przepis dostosowany do mojej aktualnej diety i zarazem taki, który posmakuje gościom. A dodam, że na torty mojej roboty czekam zawsze z niecierpliwością.

Pocieszające jest jedynie to, że odeszły mi najbardziej uciążliwe i długotrwałe dolegliwości, chociaż liczę na to, że również zapalenie zatok (pierwsze w zeszłym roku), migreny, częste infekcje i wiele innych dolegliwości wynikających z zaburzeń trawienia, wszystkie z czasem odejdą… o ile faktycznie były wynikiem złego wchłaniania składników odżywczych. Mojej chorobie towarzyszy sporo dolegliwości niezwiązanych bezpośrednio z przewodem pokarmowym czy infekcjami i nie wiem, na ile mogą wynikać z celiakii, a zatem czy jest szansa na pożegnanie ich. Największym dotychczas problemem jest dla mnie to, że przez 8 miesięcy udało mi się przybrać na wadze aż 5 kg (wcześniej sukcesem był nawet 1 kg), a od momentu wspomnianego zatrucia i przejścia na dietę bezglutenową, straciłam aż 3 kg, a podkreślam, że od tej pory minął zaledwie miesiąc.

Średnio pocieszająca jest konieczność doskonałej organizacji czasu – dotychczas trzeba było myśleć głównie o obiadach, ale w razie czego można było je zamówić, natomiast teraz nie ma opcji z zamówieniem obiadu (za wyjątkiem bezglutenowego menu z EatFit, które jednak do najsmaczniejszych nie należy), a oprócz tego muszę przygotować dodatkowe śniadanie zamiast dotychczasowego w formie kanapek. Codziennie przed pracą muszę więc przygotować albo sałatkę z warzyw, albo kaszę z warzywami, a dodatkowo po pracy wymyślić coś ciekawego na kolację – np. placki różnego rodzaju (testuję nowe przepisy), jajko na miękko, wafle ryżowe z truskawkami i polewą z syropu klonowego. Z drugiej strony dzięki temu jem dużo bardziej zróżnicowane potrawy, a dzieci również się z tego cieszą, bo uwielbiają placki na słodko, w tym placki z kaszy gryczanej. Niedługo planuję też zrobić jaglankę na słodko, albo w ramach przekąski trufle kokosowe, w których nawet nie muszę modyfikować przepisu.

Czekajcie zatem na systematycznie publikowane przepisy bezglutenowe, bezmleczne, w tym Thermomixowe, bo nie ukrywam, że TM daje mi sporo możliwości: zmielenie na proszek dowolnej kaszy czy siemienia lnianego po ich uprzednim sprawdzeniu, przygotowanie sorbetów owocowych (w sklepowych często, jak nie zawsze, czai się dodatek mleka), przygotowanie hummusu lub masła z dowolnych orzechów czy gotowanie potraw na parze.

Liczę również na Wasze komentarze – na tym etapie szczególnie mi się przydadzą, głównie z informacjami o tym, co pomogło Wam poradzić sobie na początku diety, kiedy de facto trzeba się nauczyć gotować i piec na nowo.

Zagłosuj na wpis.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. 16 sierpnia 2017

    […] ile gluten mnie zbytnio nie interesuje [aktualizacja: niestety już musiał mnie zainteresować, a w tym wpisie znajduje się powód], o tyle z mlekiem mam spory problem i nie mogę spożywać nawet drobnych ilości nabiału. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *